Mieszkańcy Gliwic po raz trzeci podjęli próbę odwołania w demokratycznej procedurze urzędującego już od 19 lat prezydenta Zygmunta Frankiewicza. Pierwsza taka akcja miała miejsce cztery lata temu w 2008 roku, jednak nie zebrano wtedy wystarczającej liczby podpisów. Druga akcja, której głównym powodem była zamierzona od początku likwidacja tramwajów w Gliwicach podjęta samodzielnie przez Pana Frankiewicza miała miejsce rok później. W tej drugiej akcji miałem możliwość uczestniczyć i rozmawiać z mieszkańcami Gliwic na tematy bieżące i przyszłości miasta po ewentualnej zmianie władzy. Niestety na skutek negatywnej propagandy ówczesnych władz miejskich referendum się nie udało i tylko dzięki niskiej frekwencji prezydent oraz Rada Miejska zachowały swoje stanowiska – bowiem gdyby udało się przekroczyć tę magiczną granicę pan Frankiewicz nie byłby już prezydentem. Nie można jednocześnie być demokratą (bądź też uważać się za niego) i zniechęcać mieszkańców do korzystania z demokratycznych procedur, a taką jest bez wątpienia referendum. Jeżeli władza uważa się za władzę legalną, to powinna się poddawać legalnym osądom, a nie uważać je za awanturę polityczną.

Choć gliwiczanom nie udało się w 2009 roku odwołać Zygmunta Frankiewicza ze stanowiska prezydenta Gliwic, to jednak mieszkańcy Gliwic swoją inicjatywą zapoczątkowali wielką lawinę, jaką były referenda odwoławcze urzędujących włodarzy miast przeprowadzane na wniosek ich mieszkańców. Już bowiem w tydzień po referendum gliwickim mieszkańcy Częstochowy (z którym to miastem łączy Gliwice najstarsza pielgrzymka organizowana już od czasów wojny trzydziestoletniej w XVII wieku), wyciągnęli wnioski z nieudanej lekcji demokracji w Gliwicach i odwołali z funkcji prezydenta tego miasta Tadeusza Wronę za siedem lat nieudolnych rządów. Kilka tygodni później na początku 2010 roku władzę w Łodzi stracił prezydent tego miasta inicjator święta Trzech Króli Jerzy Kropiwnicki. 17 czerwca tego roku odbędzie się referendum w Bytomiu, a w trakcie zbierania podpisów są mieszkańcy Rudy Śląskiej, choć powody dla których ma być ono przeprowadzone budzą moje wątpliwości (redukcja kadr w Urzędzie Miasta oraz drastyczne ograniczenie wydatków budżetowych przez obecną prezydent Panią Grażynę Dziedzic). W ten trend rozliczania lokalnej władzy za nieudane decyzje włącza się kolejna inicjatywa mieszkańców Gliwic. Okazało się bowiem, że wysokie progi wyznaczane przez ustawę o referendum lokalnym nie muszą być przeszkodą również w przypadków wielkich ośrodków miejskich. Sama ustawa o referendum lokalnym powinna jednak być inaczej skonstruowana, a próg w przypadku wielkich miast powinien być inny niż dla obszarów gminnych.

Prezydent miasta uważa referendum w sprawie jego odwołania za “polityczną awanturę”. Ale Gliwic nie stać na kolejny już 20 rok jego rządów, które będą kosztować na pewno więcej niż przeprowadzenie tego referendum. Ale żeby tak się stało najpierw trzeba poprzeć wniosek o zorganizowanie kolejnego referendum poprzez podpisanie się na liście o jego przeprowadzenie. Potem należy w dniu głosowania iść do lokalu i zagłosować za odwołaniem prezydenta.

Ktoś mi się spyta jaki jest sens tej akcji? Skoro raz się nie udało, to czemu mam iść podpisać się i głosować jeszcze raz? Myślę, że warto. Szwajcaria uczyniła z referendum swój znak rozpoznawczy oprócz banków i sera. Każda istotna zmiana prawa czy to federalnego, czy to lokalnego jest podejmowana w drodze uchwały mieszkańców danego obszaru, czyli przez referendum. Nie bójmy się więc po raz kolejny wziąć odpowiedzialności za Gliwice.

Grzegorz Przepiórka

Od kilku dni najczęściej wymienianym w polskim internecie jest słowo ACTA oraz związana z tym akcja protestacyjna w polskim internecie. Coraz większa liczba polskich serwisów dołącza się do ogłoszonego na dzień dzisiejszy protestu. ACTA to porozumienie na rzecz walki z łamaniem praw autorskich w internecie. Przy czym środki, jakie ona proponuje godzi w podstawowe prawa obywatelskie, a przede wszystkim prawa do prywatności oraz prawo do rzetelnej informacji. Otóż zgodnie z tą umową każdy dostawca usług internetowych będzie mógł inwigilować i szpiegować to co robią jego klienci w internecie. Będzie miał także prawo do blokady stron jeżeli uzna, że jego zdaniem odwiedzane przez klientów witryny naruszają prawa autorskie. Z podobnego powodu kilka dni wcześniej miał miejsce protest w Ameryce, który w konsekwencji doprowadził do usunięcia z uchwalanej tam ustawy SOPA niekorzystnych zapisów dyskryminujących  użytkowników internetu. Polski rząd wydaje jednak się być nieugięty, pomimo zapowiadanego na dzień podpisania ACTA przez polskiego przedstawiciela ujawnienia dokumentów dyskredytujących polskie władze. Wybrany przez obywateli rząd ma tak naprawdę demokrację w nosie. I to partia która w nazwie ma przymiotnik “Obywatelska”. Partia, która swoich obywateli ma za przeproszeniem głęboko gdzieś, faworyzując tak naprawdę wielki biznes – głównie wielkie koncerny amerykańskie, a nie polską małą i średnią przedsiębiorczość. Zapomniała, że nazwa “Obywatel” zobowiązuje. Dla polskiego rządu obywatel w hipermarkecie = złodziej, a w internecie = pirat.

Jaka jest prawda na temat praw autorskich? Teoria mówi, że każdy autor ma prawo do czerpania zysków i korzyści majątkowych z tytułu stworzonego przez siebie dzieła, o ile nie określi tego inaczej. Tak być powinno, ale prawda leży jednak gdzie indziej. Tymi którzy czerpią największe korzyści z praw do dzieł (utwory muzyczne, filmy) są tak naprawdę wielkie wytwórnie filmowe czy fonograficzne i to one podnoszą największe larum jeśli chodzi o utratę korzyści z tytułu nielegalnego kopiowania plików przez piratów. Umowy między tymi firmami a twórcami są zazwyczaj tak skonstruowane, że tym który osiąga największe korzyści majątkowe jest nie twórca dzieła a właśnie owa firma i jej szefowie. Artyści (poza niewielką elitą wykonawców, którzy mogą dyktować warunki wytwórniom) zarabiają grosze w porównaniu z owymi harpagonami przemysłu rozrywkowego i tak naprawdę w niewielkim stopniu są zainteresowani ochroną swoich praw do dzieł. Artysta w dzisiejszym przemyśle rozrywkowym jest tak naprawdę nikim, kto nie ma za dużo do powiedzenia jeśli chodzi negocjacje w sprawie tantiem od sprzedaży swoich dzieł.

Nikt z nas nie lubi być szpiegowany i podglądany co robi. Każdy ma prawo do prywatności. Dlatego nie można pozwolić by ACTA została podpisana i weszła w życie. Tym bardziej, że negocjacje w sprawie tej umowy toczyły się praktycznie przy drzwiach zamkniętych, a o tym, że Polska oraz UE ma podpisać to porozumienie opinia publiczna dowiedziała się dopiero niedawno. Z łamaniem praw autorskich należy walczyć, ale nie wolno tego czynić naruszając konstytucyjne prawa do prywatności i dostępu do wiarygodnej i rzetelnej informacji, której niestety w dzisiejszych mediach jest coraz mniej. Ostatnim wolnym medium wydaje się być internet. Wprowadzenie ACTA doprowadzi do tego, iż w imię ochrony praw autorskich mogą być zablokowane wszystkie strony, które prezentują inne stanowisko niż to jakie oficjalnie prezentowane jest przez polski rząd i amerykańskich pseudosojuszników. ACTA oznacza zatem cofnięcie się do czasu głębokiego PRL, gdzie to cenzura decydowała co można opublikować, a co nie. Dlatego nie można dopuścić do podpisania i przyjęcia ACTA w Polsce. Nie dajmy się zastraszyć i ogłupić przez polski rząd, który robi wszystko, aby Polska była pachołkiem Ameryki.

PRAWA AUTORSKIE – TAK

INWIGILACJA – NIE

STOP ACTA

Zanim zasiądziemy do wigilijnego stołu, zanim podzielimy się opłatkiem pozwolę się podzielić pewnymi refleksjami. Wigilia Bożego Narodzenia to czas szczególny w każdym polskim domu. Łamanie się opłatkiem, kolędowanie i wspólne spożywanie wieczerzy to zwyczaje typowo polskie i mało gdzie te świąteczne obyczaje są kultywowane jak u nas. Często więc można odnieść wrażenie że Wigilia jest dniem ważniejszym od samego Święta Narodzenia Pańskiego. Nic bardziej mylnego. W adwentowych czytaniach w kościołach wyraźnie dominuje zawołanie z Ewangelii: “Gotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla niego”. To jest właśnie prawdziwy sens Wigilii Bożego Narodzenia. Bo tym jest właśnie przełamanie opłatkiem na znak wzajemnego przebaczenia i uraz. I w tym właśnie obyczaju spełnia się ów ewangeliczny przekaz. Wigilia jest właśnie tym dniem, gdzie wszystko powinno być gotowe na spotkanie przychodzącego Chrystusa. A owo prostowanie dróg to właśnie nic innego jak właśnie przełamanie się opłatkiem na znak wzajemnego darowania wszelkich urazów.

Niestety ów ewangeliczny przekaz w ostatnich latach został zakłócony przez modernistyczne wpływy kultury zachodniej, głównie z Ameryki. Tej samej kultury, która wywodzi się z katolickiej tradycji, a która teraz wypiera się swoich chrześcijańskich korzeni. Bowiem Święta Bożego Narodzenia to przede wszystkim czas dla handlowców, których największym marzeniem jest wydrenowanie naszych kieszeni ze wszystkich oszczędności. Kuszenie promocjami, które w rzeczywistości mają sprawić byśmy kupili więcej niż zamierzamy. Ten barbarzyński zwyczaj zaczyna się najczęściej już 2 listopada, kiedy to wracamy z odwiedzin na cmentarzach. Z głośników dobiega muzyka która ma w nas wywołać wrażenie, że święta są już i teraz, a nie dopiero gdzieś tam pod koniec grudnia. Gdyby to jeszcze były prawdziwe kolędy jakie znamy, to jeszcze można byłoby to zrozumieć. Ale są to utwory, w których nie ma odwołania do prawdziwego znaczenia tego Święta i jego religijnego rodowodu. Najczęściej granymi utworami w tym czasie są “Last Christmas” Wham, czy “All I Want For Christmas Is You” śpiewanego przez Mariah Carey, oraz napisany w XIX wieku “Jingle Bells”. Po przeanalizowaniu tekstów tych utworów można stwierdzić, że nie ma w nich miejsca na opowieść o tym wydarzeniu sprzed dwóch tysięcy lat, które dało nam ten powód do świętowania. Niestety chcąc nie chcąc, nawet nie odwiedzając w tym czasie hipermarketów, jesteśmy katowani tymi utworami przez stacje radiowe i kanały telewizyjne, które czasami nazywają te utwory kolędami, choć kolędami one nie są!

Jest jednak pewien utwór w tym świątecznym okresie, który szczególnie lubię słuchać, i to niezmiennie od czasu kiedy powstał, i chyba nic tego faktu nie zmieni. To “Mistletoe And Wine”, utwór napisany pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku i zaśpiewany przez Cliffa Richarda. Może nie jest to utwór religijny, ale w jego tekście znajduje się nawiązanie do zbawczego wydarzenia narodzin Jezusa:

“The Child is a King, a carollers sing

The old has passed, there’s a new beginning”

“Dziecię jest królem, kolędnicy śpiewają

Stare się skończyło, to jest nowy początek”.

Mistletoe And Wine (Leslie Stewart, Keith Strachan, wyk. Cliff Richard)

Podczas, gdy w przytoczonych wcześniej utworach nie ma miejsca dla Niego. Tak jak nie było dla Niego miejsca w gospodzie, a znalazło się ono betlejemskiej grocie, gdzie Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami.

Pamiętajmy o tym gdy siądziemy do wigilijnego stołu. Aby te Święta (i każde następne, które będziemy przeżywać) były dla nas okazją do spędzenia czasu z bliskim i wspólnego kontemplowania radości wynikającej z narodzenia Zbawiciela. A nie kolejną okazją do obżarstwa i spędzania czasu przed telewizorem, z którego zamiast Chrystusa patrzy na nas Kevin lub inne postaci z amerykańskich filmów. No i tego, żeby Chrystus był wszystkim, czego chcemy na Święta Bożego Narodzenia.

Tego Wam wszystkim czytającym mego bloga życzę.

Grzegorz Przepiórka

O tym, że polscy politycy podlizują się amerykańskim rządom wiadomo nie od dziś. Każdy kolejny polski rząd po 1989 roku, kiedy to u władzy znalazł się Tadeusz Mazowiecki robi wszystko, żeby tylko sprzedać Polskę i jej bogactwa Ameryce. Tak jak w latach głębokiego PRL-u kolejne rządy podlizywały się się sowieckiej Rosji, tak po przemianach ustrojowych oblicze polskich władz skierowało się ze Wschodu na Zachód. Polscy politycy chyba zapomnieli lekcji z czasów PRL. USA to kraj o charakterze imperialistycznym tak samo jak Rosja i jej poprzednik Związek Sowiecki, a wszelkim przejawom imperializmu należy się przeciwstawiać.

Od kilku dni polski światek polityczny żyje słowami wypowiedzianymi przez polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Spora część polskich polityków jest oburzona słowami ministra zwłaszcza tymi, które postulują głęboką reformę Unii Europejskiej. Otóż minister Sikorski na konferencji w Berlinie oświadczył iż najlepiej by było, gdyby Unia Europejska stała się federacją na wzór Stanów Zjednoczonych. Każdy kraj będący częścią UE miałby taką samą autonomię w jej ramach, taką jaką ma stan amerykański w USA. Jest to próba przeszczepienia amerykańskiej wizji państwowości na grunt europejski.

Wystąpienie to zostało zauważone we wpływowym amerykańskiej gazecie “Washington Post”. Tak, tej samej dla której swoje felietony pisze Anne Applebaum, prywatnie żona pana ministra Sikorskiego. Przypadek? Chyba jednak nie. Właśnie dlatego należało przypuszczać, że to właśnie ta gazeta jako jedna z pierwszych skomentuje słowa polskiego ministra, które sprzyjają amerykańskiej racji stanu. Amerykańskiej – tak, ale nie polskiej. Nie pierwszy to przypadek, kiedy to amerykańskie czasopismo wtrąca się wewnętrzne sprawy UE. W zeszłym roku, wspomniana właśnie Anne Applebaum skrytykowała wybór Catherine Ashton i Hermana Van Rompuya do władz Unii Europejskiej. Twierdziła przy tym iż nie są to politycy zbyt znani, by reprezentować Wspólnotę w kontaktach międzynarodowych, mając tu na uwadze głównie swoją ojczyznę czyli Stany Zjednoczone. Zasugerowała przy tym, iż takimi politykami mogliby być Nicolas Sarkozy i Angela Merkel. To właśnie te dwie postacie są uważane w Europie za najbardziej proamerykańskie. Jednak sposób uprawiania przez nich polityki wobec USA jest zdecydowanie inny od tego jaki uprawiają polscy politycy z panami Komorowskim, Tuskiem i Sikorskim na czele – bardziej zdecydowany, a nie taki spolegliwy jak to robią nasi przedstawiciele w światowej polityce.

Anne Applebaum jako żona polskiego ministra spraw zagranicznych ma duże wpływy w polskiej polityce, mimo, iż ona sama zarzeka się, że tak nie jest. A to dlatego, iż bardzo często żony mają wpływ na swoich mężów bez względu na to kim są w społecznej hierarchii. “My rządzim światem, a nami kobiety”, jak powiedział kiedyś nasz polski poeta. I zapewne to właśnie dzięki swojej żonie minister Sikorski zachowuje swoją proamerykańską postawę, a pani Applebaum ma dzięki swojemu mężowi wpływ na kształtowanie polskiej polityki zagranicznej pod kątem interesów Stanów Zjednoczonych. W dodatku jej działalność jako redaktorki wpływowego amerykańskiego pisma z pewnością pozostaje pod czujnym okiem amerykańskiej CIA – gotowej interweniować, gdyby coś było nie tak po myśli USA. I taki jest ten nasz Chobielin – niby polski, ale jednak amerykański.

W jednym z poprzednich artykułów na blogu krytykowałem zaimportowany do naszego kraju zwyczaj prosto z Ameryki świętowania Bożego Narodzenia na prawie dwa miesiące przed ich rozpoczęciem. Oto koronny dowód na moje słowa z tamtego artykułu. Jest dopiero połowa listopada, a wewnątrz jednego z zabrzańskich centrów handlowych pojawiła się świąteczna choinka. Zdjęcia zostały wykonane przez autora w dniu dzisiejszym.

Święta Bożego Narodzenia są chyba najbardziej wyczekiwanymi przez nas świętami w Roku. Jednak obecne kampanie reklamowe prowadzone przez sieci handlowe mają chyba na celu obrzydzenie nam tych pięknych i wyjątkowych świąt. W moim przypadku to już się dokonało. Kiedyś na święta czekało się z niecierpliwością przez cały rok, a obecnie są one tylko jedną z okazji wydojenia z nas pieniędzy przez hiper- i supermarkety. Obecnie święta są dla mnie zwykłą pustką pozbawioną głębi przez agresywną propagandę rodem z Ameryki.

Tego artykułu miało nie być w tym cyklu, jednak to co stało się w niedzielę 6 listopada 2011 roku w Belfaście na rozdaniu Europejskich Nagród Muzycznych MTV, to woła o pomstę do nieba. Bo jak to jest możliwe, by w najważniejszych kategoriach triumfowali wykonawcy spoza Starego Kontynentu, przede wszystkim z USA. To skandal i kpina z nas Europejczyków. I granda w biały dzień. Poniżej lista laureatów w głównych kategoriach podana za Wikipedią, która najlepiej zobrazuje to co się działo w ostatnią niedzielę:

Najlepsza piosenka – Lady GaGa (USA)

Najlepszy teledysk – Lady GaGa (USA)

Wokalistka roku – Lady GaGa (USA)

Wokalista roku – Justin Bieber (Kanada)

Najlepszy wykonawca popowy – Justin Bieber (Kanada)

Najlepszy wykonawca rockowy – Linkin Park (USA)

Najlepszy wykonawca alternatywny – 30 Seconds To Mars (USA)

Najlepszy wykonawca hiphopowy – Eminem (USA)

Najlepszy debiut – Bruno Mars (USA)

Najlepszy występ na żywo – Katy Perry (USA)

Najlepszy wykonawca MTV World Stage – 30 Seconds To Mars (USA)

Najlepszy wykonawca MTV Push – Bruno Mars (USA)

Najlepszy wykonawca światowy – Big Bang (Korea Południowa)

Najwięksi fani – Lady GaGa (USA)

Globalna ikona – Queen (Wielka Brytania)

MTV Voices – Justin Bieber (Kanada)

Na 16 kategorii tylko jeden laureat pochodzi z Europy, jeden z Azji, pozostała zaś reszta reprezentuje kontynent amerykański. I jest to głównie USA, jedynie Justin Bieber pochodzi z Kanady. Jednak biorąc pod uwagę, że ze względu na swoją karierę częściej przebywa on jednak w Stanach, to można go zakwalifikować jako reprezentanta USA. W dodatku prowadzącą imprezę była kreowana przez media na jego “dziewczynę” wokalistka i aktorka ze stajni Disneya – Selena Gomez – też obywatelka USA. Oznacza to wręcz nokaut dla Europy w dodatku w pojedynku rozegranym na jej własnym terenie w irlandzkim Belfaście.

Czy to Europa jest tak słaba, czy Ameryka tak silna. Odpowiedź tkwi chyba w systemie głosowania tej stacji, która nie przewiduje ograniczeń z uwagi na miejsce zamieszkania. Wiadomo, że MTV mimo istnienia lokalnych oddziałów w wielu krajach – w tym i w Polsce – jest jednak stacją amerykańską i to Amerykanie mają najwięcej w tej sprawie do powiedzenia. I mobilizują widzów do głosowania na swoich wykonawców w plebiscycie, który praktycznie nie powinien ich dotyczyć. Europa to Europa, i Amerykańców nie powinno to głosowanie w ogóle obchodzić. Ameryka ma swoje Grammy oraz swoje nagrody MTV (Video Music Awards), więc po co się jeszcze miesza do europejskich rynków muzycznych. To trochę tak samo jak w przypadku sąsiedzkiego głosowania na Eurowizji, gdzie obowiązuje niepisana zasada: “Ja głosuję na ciebie, ty głosujesz na mnie”. Takie systemy powodują, iż wygrywają nie wykonawcy, którzy rzeczywiście są najlepsi, ale ci którzy są najintensywniej promowani przez wytwórnie płytowe i którzy mają największą siłę przebicia.

Największą przegraną jest Brytyjka Adele, największe chyba objawienie tego roku jeśli chodzi o rynki muzyczne w Europie. We wszystkich trzech najważniejszych kategoriach, gdzie była nominowana przegrała z Lady GaGą. Wygrała tylko w mało prestiżowej kategorii lokalnej obejmującej brytyjski rynek muzyczny. Gdyby i tam przegrała to byłaby chyba sensacja dużego kalibru. Te kategorie lokalne to tak naprawdę nagrody pocieszenia. Są one chyba tylko po to, aby wykonawca mógł w swoim muzycznym CV wpisać, iż został laureatem jednej z najbardziej popularnych stacji muzycznych na świecie, pomijając fakt, iż został nominowany w kategorii marginalnej. A nagrody w najważniejszych kategoriach mają trafić do tych z kraju będącego ojczyzną MTV, którzy powiększają i tak już bogate kolekcje nagród w większości raczej niezasłużonych. Zresztą nawet jak się spojrzy na listę nominowanych, to i tak uderza ogromna dysproporcja między USA a resztą świata. Dlatego cieszy mnie tak bardzo wygrana pochodzącej z Korei Południowej formacji Big Bang. I to nie tylko dlatego, że zaliczam się do fanów zespołów z Azji, a twórczość tego zespołu jest mi dobrze znana. Ta występująca już od pięciu lat grupa zdobyła nagrodę w kategorii “Najlepszy wykonawca światowy”. Cieszy to tym bardziej iż pozostawili w tyle uważaną za ikonę muzyki pop ostatniej dekady Britney Spears (będzie jedną z bohaterek innego artykułu z tego cyklu). To musi budzić respekt i powinno bo już wkrótce wykonawcy z Azji będą stanowić spore zagrożenie dla tych z USA. No chyba, że amerykańscy widzowie MTV będą dalej ustawiać europejskie plebiscyty tej stacji tak, jak to się dzieje obecnie.

 

Amerykański imperializm wywodzi się w prostej linii z imperializmu brytyjskiego, z racji tego iż pierwsi osadnicy na tych terenach wywodzili się właśnie z Wysp Brytyjskich. Wielka Brytania była wówczas oprócz Hiszpanii i Portugalii jednym z największych imperiów kolonialnych. Brytyjczycy skolonizowali prawie całą Amerykę Północną (obecnie terytoria USA oraz Kanady), Hiszpanie skolonizowali całą Amerykę Środkową i zachodnią część Ameryki Południowej. Wschodnia część tego ostatniego kontynentu przypadła w udziale Portugalii (dzisiejsza Brazylia). W miarę upływu czasu mieszkańcy tych kolonii odczuwali coraz mniejszy związek z macierzystym krajem z którego pochodzili, i to właśnie ziemia na której się osiedlili stała się dla nich ziemią ojczystą. Spowodowało to bunty w koloniach i wojny z mocarstwami kolonialnymi w efekcie których na obszarach zajętych przez kolonistów powstawały kolejne państwa. Tak też było z osadnikami z kolonii angielskich zamieszkujących wschodnie wybrzeże dzisiejszego USA. W efekcie buntu przeciwko Wielkiej Brytanii ogłoszono w 1776 Deklarację Niepodległości a kilkanaście lat później najstarszą i najdłużej funkcjonującą Konstytucję, tworząc w ten sposób fundamenty pod nowe państwo nazwane Stanami Zjednoczonymi Ameryki.

Z czasem jednak zapominano, z jakich powodów Stany Zjednoczone oderwały się od brytyjskiej macierzy. Zapominano o tym jak kolonie te były wykorzystywane i rujnowane przez brytyjską monarchię. Stany Zjednoczone zaczęły sobie rościć prawa na wyłączność do interwencji zbrojnych na terenie kolonii. Z czasem zasięg amerykańskiej pazerności rozszerzał się. Uzasadnieniem posłannictwa Ameryki były doktryny ogłaszane najczęściej przez kolejnych prezydentów USA. Pierwsza taka doktryna została ogłoszona już w 1823 roku za czasów prezydenta Jamesa Monroe. Poniżej skrócona historia doktryn, z której wynika coraz większy zasięg ekspansji amerykańskiej.

 

Doktryna Monroe (1823) została w rzeczywistości stworzona przez sekretarza stanu w rządzie prezydenta Monroe. Zakładała ona niedopuszczenie do dalszej kolonizacji Ameryki przez europejskie mocarstwa. W zamian za to USA nie zobowiązały się nie ingerować w sprawy państw europejskich i ich kolonii. Sprzeciwiała się jednak restytucji monarchii w na kontynencie amerykańskim.

 

Rewizją doktryny Monroe była ogłoszona na przełomie 1903 i 1904 roku przez prezydenta Theodora Roosevelta, doktryna grubej pałki. Jej nazwa pochodzi od przemówienia tegoż prezydenta w Chicago w 1903 roku, kiedy to powiedział następujące słowa “przemawiaj łagodnie i szykuj pałkę”. Szczegółowe zasady doktryny zostały sformułowane znacznie później. Zakładała ona interwencję USA w przypadku “systematycznej złej woli, nieudolności, która prowadzi do rozluźnienia więzów z cywilizowanym społeczeństwem”, przy czym obszar tej interwencji został ograniczony do państw znajdujących się na półkuli zachodniej. Doktryna ta została wykorzystana do interwencji w Dominikanie i Haiti.

 

Odpowiedzią na wzrastające wpływy Związku Sowieckiego po II wojnie światowej była doktryna Trumana, ogłoszona w 1947 roku. Była ona rozwinięciem innej doktryny – tzw doktryny powstrzymywania, która miała na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wpływów bloku komunistycznego. Do powstania tegoż bloku obejmującego głównie państwa Europy Środkowej i Wschodniej walnie przyczynił się poprzednik Trumana na prezydenckim stołku – związany z komunistami Franklin Roosevelt na konferencjach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Tak więc polityka Trumana sprowadzała się głównie do prób naprawiania błędów poprzednika. Doktryna Trumana zakładała udzielenie pomocy militarnej i finansowej państwom, które przeciwstawiły się ekspansji komunizmu. Zaczęło się od pomocy dla Grecji i Turcji, zaś dalszą jej konsekwencją był Plan Marshalla, który polegał na udzieleniu pomocy finansowej państwom Europy Zachodniej ze zniszczeń wojennych.

 

Kolejni prezydenci koncentrowali się na rozszerzaniu doktryny Trumana o kolejne tereny. Dwight Eisenhower, były generał zapowiedział podobną politykę w stosunku do krajów Bliskiego Wschodu. Doktryna Kennedy’ego zakładała podobną politykę w stosunku do państw Ameryki Środkowej, gdzie władze pochodziły z demokratycznych wyborów. W założeniach prezydenta miało to zapobiec rozszerzeniu się idei rewolucji Fidela Castro na kontynent amerykański i dalszemu rozprzestrzenianiu się radzieckich wpływów w Ameryce. Następca Kennedy’ego, Lyndon Johnson, który został prezydentem po zamachu w Dallas w 1963 roku, rozszerzył tę doktrynę o możliwość interwencji militarnej w krajach Ameryki Łacińskiej, które nie popierają polityki USA w tym regionie oraz o wsparcie dla popierających politykę USA reżimów dyktatorskich w Ameryce Środkowej (Gwatemala, Nikaragua, Panama).

 

Będąca rozwinięciem doktryny Eisenhowera, doktryna Cartera ogłoszona w 1980 roku zapowiadała zbrojną reakcję na wydarzenia na Bliskim Wschodzie niezgodne z interesami USA w tym regionie. Była to pierwsza zapowiedź użycia siły zbrojnej wobec nieprzychylnych wydarzeń zagrażających amerykańskim wpływom, wobec krajów znajdujących się poza kontynentem amerykańskim – na Bliskim Wschodzie. Dotychczasowe bowiem deklaracje ograniczały się jedynie do wsparcia finansowego i militarnego. W dodatku uczynił to prezydent, który doprowadził do przekazania Panamie kanału przecinającego jej terytorium i przyległego obszaru.

 

Rzeczywiste oblicze Ameryki ukazało się za kadencji demokratycznego prezydenta Billa Clintona. Ogłosił on w 1999 roku, że Stany Zjednoczone będą interweniować tylko tam gdzie są zagrożone ich interesy. Czyli tam gdzie nie przynoszą efekty działania ekonomicznych zabójców oraz CIA, a polegające na uzależnieniu finansowym państw satelickich posiadających strategiczne surowce pożądane przez USA (głównie ropę naftową, a ostatnio także i gaz łupkowy) wkraczają siły zbrojne USA likwidując niewygodnych z punktu widzenia Ameryki przywódców i zastępując ich tymi, którzy będą bardziej przychylni dla amerykańskich działań. Efekty doktryny Clintona stały się widoczne w zeszłym roku, kiedy to po dwóch sabotażowych akcjach reżimu Korei Północnej wobec sąsiada z południa, Amerykanie ograniczyli się jedynie do manewrów wojskowych. Korea nie posiada surowców mających strategiczne znaczenie dla gospodarki amerykańskiej więc interwencja militarna nie była uzasadniona.

 

Jej kontynuacją była doktryna Busha ogłoszona w 2002 roku. Jest to jak do tej pory ostatnia doktryna amerykańskiej polityki zagranicznej. Dawała ona prawo agresji militarnej USA wobec tych państw, które zdaniem amerykańskiego rządu mogą stanowić zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych i to nawet bez upoważnienia ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie precyzuje przy tym jakie kraje miałyby być objęte zasięgiem takiego działania. Daje to zatem możliwość interweniowania armii amerykańskiej praktycznie w każdym suwerennym państwie na świecie. Także i w Polsce.

 

Jak widać z powyższego zestawienia zasięg oddziaływania USA się powiększał, i to mimo będącej efektem doktryny Monroe polityki izolacjonizmu. Najbardziej agresywny wpływ mają tu doktryny grubej pałki, oraz prezydentów Cartera, Clintona i Busha juniora. Doktryny Trumana i Eisenhowera co prawda ograniczały się do udzielania jedynie pomocy militarnej, ale jednak w wielu przypadkach wsparcie militarne było znaczące i dominujące. Tak było w przypadkach wojny koreańskiej oraz wojny wietnamskiej, gdzie wojska amerykańskie stanowiły największy odsetek sił interweniujących. Oświadczenia ostatnich prezydentów – Clintona i Busha juniora ostatecznie ugruntowały status USA jako mocarstwa imperialnego, i każdy kto się temu sprzeciwi, zostanie ukarany działaniami z interwencją zbrojną włącznie. Wojna z terroryzmem jest więc tu jedynie przykrywką mającą usprawiedliwić amerykańską agresję, tak jak w latach zimnej wojny komunistami i terrorystami nazywano nie tylko ludzi, którzy w rzeczywistości nimi byli, ale także tych którzy sprzeciwiali się gospodarczej i militarnej ekspansji Stanów Zjednoczonych.

 

Za nami już początek listopada i związane z tym tradycyjne odwiedziny na grobach naszych przodków. Jesienna pogoda za oknem raczej nie nastraja do wyjścia z domu. Niemniej w marketach zaczyna się czas szczególnie wytężonej pracy. Rozpoczyna się okres promocji bożonarodzeniowych – świąt szczególnie ulubionych przez najmłodszą część naszego społeczeństwa. Kolorowe girlandy, bombki oraz świecidełka, to wszystko ma stworzyć klimat że święta są już i teraz, a nie dopiero za dwa miesiące pod koniec grudnia. Do tego dochodzą dobiegające z głośników pseudokolędy, czyli utwory które tylko z pozoru mają charakter świąteczny. No bo jakim słowem określić utwory, które są grane w tym czasie w sklepach. “White Christmas”, “Let It Snow”, czy choćby z uporem maniaka grane kilka razy dziennie “Last Christmas” duetu Wham.

Ta cała świąteczna otoczka i wszystko co jest z z tym związane to kolejny import z Ameryki, jaki dotarł do nas z tego kraju. Czasy, kiedy to święta ograniczały się do kilku dni przygotowań i zakupów, Wigilii i dwóch dni świątecznych należą już do głębokiej przeszłości. Zastąpił go dwumiesięczny szał handlowców pragnących zbić na świętach możliwie jak największe zyski. Jedyne co nam zostało, i to co Amerykańcom nie udało się wyplenić z naszej kultury, to Wigilia i tradycje z nią związane. Choć w USA Wigilia Bożego Narodzenia też ma duże znaczenie, tak jak i w Polsce niemniej jednak nie ma tam tylu obyczajów z nią związanych co w naszym kraju. Kolacja wigilijna, łamanie się opłatkiem, wspólna modlitwa przy stole to elementy stricte polskiej tradycji związanych z Bożym Narodzeniem. Tego zeświecczona i rządzona przez masonerię Ameryka może nam tylko pozazdrościć.

Na deser najbardziej ulubiony element tych świąt przez dzieci, czyli prezenty przynoszone przez Świętego Mikołaja. A raczej przez samozwańczego krasnala w czerwonej czapie z białą brodą, czerwonym kubraku i spodniach w tym samym kolorze. Święty Mikołaj, ten prawdziwy Święty Mikołaj był w rzeczywistości biskupem, który zasłynął rozdawaniem prezentów wśród szczególnie potrzebujących, stąd jego rola w przedświątecznej symbolice jako tego, który przynosi prezenty. I jako biskup też święty Mikołaj powinien mieć na sobie szaty biskupie oraz takie symbole jak pastorał. A nie być odziany tak, że przypomina bardziej grubego i spasionego krasnala, niż świętego. Do takiego wizerunku tego Świętego przyczyniły się głównie firmy z Ameryki z Coca Colą na czele, głównie za sprawą corocznego konkursu organizowanego przez tę firmę w połowie lat 90-tych.

Dlatego już teraz zanim szał świątecznych zakupów ogarnie nas na dobre warto zastanowić się nad prawdziwym sensem tych Świąt związanym z przyjściem na świat Zbawiciela. Bo gdyby nie to zbawcze wydarzenie, które miało zdarzenie w przed ponad dwoma tysiącami lat, to nie byłoby dzisiaj tych najpiękniejszych świąt w historii chrześcijaństwa. Nie zapominajmy o tym w przedświątecznej pogoni za okazjami i promocjami - które w rzeczywistości są kruczkiem stosowanym przez handlowców, mających tylko jeden cel – wyciągnąć od nas jak najwięcej pieniędzy. A o to chodzi głównie Ameryce – wpędzeniu kraju uzależnianego i jego społeczeństwa w biedę i nędzę, z której nie będzie się mógł wydostać.

Są w życiu człowieka takie chwile, które wywołują refleksję. Są to różne wydarzenia życiowe oraz rocznice ważnych wydarzeń. Do takich wydarzeń należą też urodziny. Przy czym szczególne znaczenie mają rocznice okrągłe. Do takich należy też czterdziesta rocznica urodzin. Została ona także szczególnie podkreślona w dwóch znanych polskich serialach. I właśnie wzorem bohatera jednego z tych seriali Darka Jankowskiego postanowiłem podsumować ostatnie lata mojego życia.

Dwa lata temu wziąłem udział w akcji referendalnej w Gliwicach, która miała na celu odwołanie prezydenta Frankiewicza. Mimo, że od ponad trzydziestu lat nie mieszkam w Gliwicach, to jednak nadal uważam się za gliwiczanina i stąd uważałem, że moją powinnością jest zaangażowanie się w sprawę. Jedną z głównych przyczyn tamtej akcji był fakt zamierzonej likwidacji tramwaju w mieście, do której ostatecznie doszło 1 września 2009 roku, pod płaszczykiem “zmiany obsługi komunikacyjnej miasta”.

Pokłosiem tamtej akcji referendalnej było między innymi otwarcie tego bloga prawie rok temu oraz pisanie artykułów w serwisie dziennikarstwa obywatelskiego doorg.info, na którym to serwisie pojawia się część artykułów z tego bloga. Nie było to pierwsze moje doświadczenie dziennikarskie, wcześniej pisałem także artykuły dla pisma którego tematyką była komunikacja miejska – “Nowa Zajezdnia”. Jednak referendum i wspomniane wyżej okoliczności sprawiły, że zająłem się także innymi sprawami. Głównym celem moich artykułów stało się informowanie o prawdziwej roli Ameryki w świecie, starając się zwrócić swoją uwagę także na tematy kontrowersyjne z punktu widzenia przeciętnego obywatela, a o których w artykułach w portalach internetowych i gazetach się nie pisze, bądź pisze się w sposób przeinaczający rzeczywistość.

Przy okazji tamtej akcji dowiedziałem się o innych rzeczach, które zmieniły mój sposób patrzenia na niektóre sprawy. A już w szczególnym stopniu zmienił się mój stosunek do spraw polsko-amerykańskich. Do tamtego czasu uważałem Amerykę za taki kraj jaki faktycznie o nim mówiono. Ba były nawet czasy kiedy ze zdumieniem patrzyłem, że najczęściej paloną flagą na świecie jest gwiaździsty sztandar USA. Pytałem się wówczas – dlaczego? Kiedy dowiedziałem się o roli jaką odegrały amerykańskie koncerny samochodowe w likwidacji komunikacji tramwajowej w tym kraju w latach 30-tych i 40-tych (jeden z tych koncernów ma swoją fabrykę w Gliwicach), mój stosunek do tego kraju uległ diametralnej zmianie. Wtedy zrozumiałem pewne rzeczy, które dotychczas były dla mnie niezrozumiałe. Powoli przedzierała się do mojej świadomości prawdziwa rola tego imperialnego supermocarstwa, jaką ono rzeczywiście odgrywa w światowej polityce i gospodarce. A już wiadomości o prawdziwej roli Stanów Zjednoczonych ostatecznie dostarczyła mi lektura książki Johna Perkinsa. Według autora “Wyznań ekonomisty od brudnej roboty”, głównym celem jest uzależnienie ekonomiczne krajów szczególnie strategicznych dla gospodarki USA, głównie z powodu posiadania przez te kraje surowców energetycznych. Działania te prowadzi nieformalny triumwirat zwany przez Perkinsa korporacjokracją, którego częściami są korporacje paliwowe, samochodowe, budowlane i chemiczne, banki amerykańskie i międzynarodowe instytucje finansowe oraz rząd tego kraju. Kiedy działania te trafiają na opór wówczas do akcji wkracza amerykański wywiad, a w ostateczności amerykańska armia. Wśród metod stosowanych przez amerykańskie instytucje jest szantaż, prowokacje, korupcja na najwyższych szczeblach władzy osób przeciwstawiający się amerykańskiemu imperializmowi. Osobami wobec których w ostatnim czasie zastosowano takie działania oraz wysunięto fałszywe oskarżenia są Dominique Strauss-Kahn oraz Julian Assange. Metoda zastosowana wobec tych dwóch niewygodnych z punktu widzenia Ameryki osób była taka sama. Polegała na podstawieniu kobiet, uwiedzenie ofiar i sprokurowaniu fałszywych oskarżeń o gwałt. Działalność Juliana Assange to ujawnienie rzeczywistego oblicza amerykańskiej dyplomacji poprzez publikację niewygodnych dokumentów. Z kolei Dominique Strauss-Kahn był jednym z kandydatów na urząd prezydenta Francji i najgroźniejszym rywalem Nicolasa Sarkozy’ego. Miał duże szanse na sukces w przyszłorocznych wyborach i pokonanie jednego z dwóch protektorów Ameryki w Europie. Drugą taką osobą jest niemiecka kanclerz Angela Merkel.

Takiemu szantażowi oraz instytucjom, które go stosują (w tym CIA i NSA – National Security Agency) należy się sprzeciwiać. Nie wolno pozwalać na takie działania i należy się im przeciwstawiać, a osoby je stosujące należy szczególnie piętnować. Nie wolno przyjmować od nich prezentów, bo może się to skończyć tak, jak w przypadku Juliana Assange i Dominique Strauss-Kahna.

O roli Pani Merkel i prezydenta Sarkozy’ego wspominała w zeszłym roku też w jednym ze swoich artykułów w “Washington Post” amerykańska dziennikarka Anne Applebaum, notabene żona ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, która w ten sposób ma wpływ na polską politykę zagraniczną polegającą na wspieraniu interesów amerykańskich instytucji w naszym kraju. Oprócz ministra Sikorskiego rzecznikami amerykanizacji Polski są także premier Tusk i prezydent Komorowski.

Jedną z ostatnich ofiar tego triumwiratu korporacyjno-bankowo-rządowego jest właśnie Polska, a to z powodu posiadania na swoim terenie złóż gazu łupkowego – około 80% koncesji na badania i eksploatację złóż znajduje się w rękach amerykańskich korporacji. Takiemu szantażowi oraz instytucjom, które go stosują (w tym CIA i NSA – National Security Agency) należy się sprzeciwiać. Nie wolno pozwalać na takie działania i należy się im przeciwstawiać, a osoby je stosujące należy szczególnie piętnować. Nie wolno przyjmować od nich prezentów, bo może się to skończyć tak, jak w przypadku Juliana Assange i Dominique Strauss-Kahna.

W ostatnich latach zainteresowała mnie szczególnie kultura azjatycka – głównie krajów Azji Południowo-Wschodniej. Szczególne miejsce zajmuje Korea. Kraj który padł ofiarą imperialnych interesów Ameryki i Rosji, które w efekcie doprowadziły do jego podziału i wyniszczającej trzyletniej bratobójczej wojny – do tej pory praktycznie nie zakończonej mimo, istniejącego rozejmu. Odpowiedzialność za ten podział na dwie części nie ponoszą mieszkańcy tego kraju, którym odebrano możliwość stanowienia o swoim losie. Ponoszą go trzy mocarstwa, które podjęły tę decyzję – Rosja, Ameryka i Anglia. To te trzy kraje z USA na czele ponoszą odpowiedzialność za stworzenie i istnienie w północnej części Korei reżimu komunistycznego oraz jego ofiary! Krew tych ofiar obciąża nie tylko północnokoreańskich dyktatorów – Kim Ir Sena i Kim Jeong Ila, ale także USA, Anglię i Rosję które podjęły tę decyzję oraz ich ówczesnych przywódców i ich następców. Im dłużej trwa ten podział, tym mniejsza szansa na ponowne zjednoczenie tego kraju, a to głównie z powodu nie tyle odmiennych ustrojów politycznych, co pogłębiającej się przepaści ekonomicznej pomiędzy jego południową a północną częścią.

Żegnaj Ameryko, Witaj Azjo

Farewell America, Welcome Asia

Gliwice To Przyszłość

“Taehan Minguk Hwaiting”! “Pyeongchang Hwaiting”! To właśnie za pomocą tych okrzyków mieszkańcy Korei Południowej, a zwłaszcza położonego 180 kilometrów na wschód od stolicy kraju Seulu miasta Pyeongchang, powitali z radością decyzję Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, przyznające prawa ich miastu do organizacji zimowej olimpiady w 2018 roku. Miasta, które przymierzało się do ich organizacji po raz trzeci – w 2010 roku udaną dla polskich sportowców olimpiadę zimową organizowało kanadyjskie Vancouver, a w 2014 roku najlepszych sportowców świata w dyscyplinach zimowych gościć będzie Soczi – to właśnie z tymi miastami koreański ośrodek przegrał dwukrotnie w poprzednich staraniach o organizację zimowej olimpiady – i to pomimo wygrania pierwszej rundy głosowania w każdym przypadku. W drugiej rundzie głosujący na miasto, które odpadło po głosowaniu w pierwszej turze, oddawali zawsze głosy na rywali koreańskiego miasta, i to dlatego Pyeongchang przegrywało rywalizację. Tym razem w pierwszej rundzie głosowania Pyeongchang nie tylko wygrało, ale i zgromadziło ponad połowę głosów członków MKol, co pozwoliło uniknąć konieczności głosowania w drugiej rundzie, kiedy to koreańskie miasto ponosiło porażkę. Zadziałało tutaj stare powiedzenie “do trzech razy sztuka”, i starania Koreańczyków zostały wreszcie docenione – gotowa jest już bowiem połowa z obiektów na których będą się odbywać olimpijskie zawody. Będzie to trzecia zimowa olimpiada i szósta w historii igrzysk olimpijskich na kontynencie azjatyckim. W 1988 roku sportowców w dyscyplinach letnich gościła południowokoreańska stolica, czyli Seul – igrzyska w Pyeongchang będą więc miały wymiar symboliczny, bowiem będą miały miejsce trzydzieści lat po igrzyskach w Seulu. Ponadto trzykrotnie olimpijczyków gościła Japonia. W 1964 roku było to Tokio, w których miały miejsce igrzyska letnie a także dwa razy zimą – w 1972 roku było to Sapporo, a w 1998 roku Nagano. Te pierwsze zimowe igrzyska przeszły szczególnie do historii polskiego sportu z uwagi na złoty medal w skokach narciarskich Wojciecha Fortuny, który to przez 38 lat, aż do ubiegłorocznego zwycięstwa Justyny Kowalczyk w Vancouver, pozostał jedynym złotym medalistą olimpijskim w sportach zimowych. W 2008 roku letnie igrzyska odbyły się w stolicy Chin – Pekinie.

Znaczącym czynnikiem, który przyczynił się do zwycięstwa Pyeongchang są sukcesy azjatyckich sportowców w sportach zimowych. Koreańczycy specjalizują się głównie w łyżwiarstwie szybkim i to zarówno na torze normalnym (5 medali w Vancouver) jak i krótkim (short track – 8 medali w Vancouver), ale i są obecni także i w innych dziedzinach olimpijskiej rywalizacji. Na ostatniej olimpiadzie w łyżwiarstwie figurowym w konkurencji solistek mistrzostwo olimpijskie wywalczyła Koreanka Kim Yu Na. To właśnie ona była ambasadorką koreańskiej oferty i to ona dokonała prezentacji przed członkami Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, czym walnie przyczyniła się do sukcesu koreańskiego miasta.

W Polsce z krajów azjatyckich najbardziej kojarzone są Indie, Chiny i Japonia. Indie są znane z popularnych także w naszym krajów filmowych produkcji studia Bollywood. O Chinach się mówi głównie w kontekście chińskiej porcelany, Wielkiego Muru, a także w kwestii łamania praw człowieka przez władze w tym kraju (głównie wobec Tybetu). Z kolei Japonia przeciętnemu Polakowi kojarzy się głównie z samurajami, szybkimi samochodami, oraz bombami atomowymi zrzuconymi na Hiroszimę i Nagasaki, a ostatnio także japońską sztuką komiksu – mangą i jej animowaną wersją, czyli anime. Na tym tle bardzo blado wypada Korea i jej kultura. Jej znajomość w naszym kraju jest bardzo nikła. W Polsce kojarzymy ją głównie z markami Daewoo (samochody) oraz LG i Samsung (sprzęt elektroniczny). A szkoda, bo to ciekawy kraj, o ciekawej kulturze i skomplikowanej historii, skutkiem czego jest tragiczny w skutkach jej podział na dwa państwa – komunistyczną północ i demokratyczne południe. Dwa imperialistyczne państwa, czyli USA oraz Związek Sowiecki po drugiej wojnie podzieliły między sobą strefy wpływów w tym kraju, dzieląc go na pół 38 równoleżnikiem. Skutkiem tego była trzyletnia wojna koreańska, która pogłębiła jeszcze podział kraju, i stan ten trwa do dziś, gdyż Korea Południowa nie złożyła podpisu pod traktatem w Panmundżomie oznaczającym zawieszenie broni i zmianę linii demarkacyjnej. Korea Południowa zyskała nieznacznie obszarowo, ale utraciła na rzecz swojego sąsiada z północy dwa ważne obszary – okręg przemysłowy Kaesong oraz półwysep Ongdżin. Pomimo zawieszenia broni wciąż nie podpisano traktatu pokojowego i formalnie oba państwa są w stanie wojny. W ubiegłym roku miały miejsce dwa incydenty. W marcu została zatopiona korweta “Cheonan” należąca do marynarki wojennej Południowej Korei, o który to atak została oskarżona Korea Północna, a w listopadzie została ostrzelana orzez artylerię północnokoreańską wyspa Yeongpyeong.

Jaka jest przyczyna małej znajomości Polaków o kulturze koreańskiej? Duże znaczenie miały w tym mistrzostwa świata jakie odbyły się w tym kraju w 2002 roku i porażka naszej reprezentacji z drużyną gospodarzy w pierwszej rundzie tej imprezy – zasłużona zresztą rzecz jasna. Zresztą w tej imprezie Koreańczycy byli kojarzeni głównie z przekupstwem wśród sędziów mających umożliwić dotarcie ich drużyny do strefy medalowej. I ten niesmak tamtych mistrzostw pozostał do dziś. Nawet podczas ostatniego mundialu w RPA w zeszłym roku, tamte mistrzostwa z 2002 roku były przypominane przy okazji niemal każdego ich meczu. I to mimo tego, iż mistrzostwach w RPA, Koreańczycy grali dość poprawny futbol, który zagwarantował im wyjście z grupy, w naszej telewizji byli przedstawiani raczej w świetle negatywnym niż pozytywnym. Z kolei pod niebiosa polscy komentatorzy wynosili grającą niemrawy futbol reprezentację USA, a jej reprezentanta Landona Donovana stawiano do roli jednego z najlepszych graczy ostatniego mundialu, mimo iż swoją postawą zdecydowanie sobie na to nie zasłużył.

Zarzucając jednak Koreańczykom korupcję wśród sędziów podczas mistrzostw świata w 2002 roku, my Polacy też musimy uderzyć się w pierś. To od połowy minionej dekady prokuratura wrocławska stawia w stan oskarżenia kolejne osoby zamieszane w korupcję w polskim futbolu. W sprawie pojawiają się coraz to nowe wątki, a sprawa wydaje się nie mieć końca. I kto tu jest najbardziej skorumpowany – czy Koreańczycy w 2002 roku, czy też polscy działacze sportowi zamieszani w korupcję w polskiej piłce, która zaczęła się na długo przed mistrzostwami 2002 roku? Zawodnicy z tamtej drużyny koreańskiej w większości już zakończyli kariery, a do głosu dochodzi młodsze pokolenie piłkarzy, którzy nie uczestniczyli w tamtym procederze. Z kolei w Polsce dochodzi do kolejnych zatrzymań w aferze korupcyjnej. I dlatego zanim zaczniemy myśleć o Korei w kontekście tamtej afery sędziowskiej i przegranego meczu w 2002 roku uderzmy się w pierś. Bo w tej akurat sprawie mamy więcej na sumieniu niż Koreańczycy. A mecz z nimi przegraliśmy słusznie, i każdy kto widział tamten mecz (ja również) nie odniósł wrażenia, że był nieuczciwie sędziowany. Sprawa skorumpowania sędziów przez gospodarzy tamtych mistrzostw dotyczy późniejszych meczów, głównie fazy pucharowej, podczas gdy w Polsce afera futbolowa obejmuje kilkanaście ostatnich lat – i to zarówno przed jak i po mistrzostwach w Korei.

Korea to nie tylko sport, rozsławiany przez medale kolejnych jej reprezentantów na międzynarodowych zawodach. To także rynek muzyczny, o którym przeciętny Polak wie raczej niewiele. Miesiąc temu 10 czerwca br. kilka koreańskich zespołów nagrywających dla jednej z największych wytwórni płytowych w tym kraju – SM Entertainment, dało koncert w Paryżu w hali Zenith (muzyka pop w Korei Południowej będzie zresztą tematem jednego z moich następnych artykułów). Miejsce koncertu zostało wybrane nieprzypadkowo, bo to właśnie we Francji południowokoreańscy piosenkarze mają najwięcej miłośników ze wszystkich krajów europejskich. Zresztą w tegorocznej rywalizacji o olimpiadę jednym z dwóch przeciwników Pyeongchang było francuskie Annecy. W listopadzie planowany jest następny koncert artystów koreańskich w Europie – tym razem mają to być wykonawcy związani z Cube Entertainment, a miejscem koncertu będzie Londyn – notabene arena przyszłorocznych letnich igrzysk olimpijskich. W jakimś sensie sztafeta olimpijska będzie więc kontynuowana na niwie muzycznej. To chyba najlepiej świadczy o tym, że kultura Republiki Korei ma ponadnarodowy wymiar.

No i Korea to także “hangeul”, czyli jeden z najłatwiejszych alfabetów na świecie. Został on stworzony w XV wieku w czasach króla Sejonga, jednak do powszechnego użytku wśród mieszkańców Półwyspu Koreańskiego wszedł po drugiej wojnie światowej. Istnieje wiele transkrypcji koreańskiego pisma. Najbardziej przyswajalna wydaje się wśród nich tzw. romanizacja poprawiona (revised romanization) wprowadzona przez Ministerstwo Kultury Korei w 2000 roku, która jest obowiązkowa w tym kraju. Głosek (jamo) w alfabecie koreańskim jest w sumie 51, z czego podstawowych jest 14 spółgłosek i 10 samogłosek. To i tak niewiele, jeśli się weźmie pod uwagę, że pismo japońskie składa się z dwóch alfabetów sylabicznych hiragany i katakany liczących po kilkadziesiąt znaków, oraz znaków kanji, których jest kilkanaście tysięcy z czego w powszechnym użyciu jest jedynie kilka tysięcy. To i tak dużo jak na przeciętnego Europejczyka. Na ich tle koreański “hangeul” jawi się naprawdę skromnie, i dlatego wydaje się być najłatwiejszy do nauczenia. Jamo będące częścią tego alfabetu łączą się w układ spółgłoska – samogłoska – spółgłoska tworzący blok sylabiczny, może być też układ dwóch liter w jednej sylabie spółgłoska i samogłoska. Podczas gdy w hiraganie i katakanie każdy znak oznacza jedną sylabę – bywa tak mimo iż jedna od drugiej różnią się tylko jedną literą to w piśmie reprezentują je znaki o innych różniących się od siebie kształtach. Dlatego zanim zdecydujemy się na naukę języka chińskiego czy japońskiego, warto przyswoić sobie język i alfabet koreański. No i w 2018 roku pojechać na olimpiadę zimową do Pyeongchang, aby obejrzeć zmagania następców Justyny Kowalczyk i Adama Małysza.

Zdjęcia użyte w artykule znajdują się w zasobach Wikimedia Commons i są udostępnione na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – na tych samych warunkach 3.0

Artykuł opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – na tych samych warunkach 3.0

Następna strona »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.